Ja bym się tym nie najadł w podróży – Tbilisi cz. 1

Odkąd zaczęłam podróżować z moim chłopakiem, mieliśmy w planach wyprawę do Iranu. Bardzo interesował nas ten nieco odseparowany kraj i chcieliśmy na własnej skórze sprawdzić, czy rządowe strony naszych państw ostrzegające przed podróżą tam są godnym źródłem informacji. Zdjęcia i relacje innych podróżników zaostrzały nasz apetyt, a przy okazji przekonywały, że nie ma się czego obawiać. Decyzję o podróży podjęliśmy spontanicznie, jeszcze w trakcie planowania wcześniejszej wyprawy. W połowie lutego zaczęliśmy szukać dogodnych lotów na marzec. Oczywiście najkorzystniej byłoby polecieć prosto do Teheranu, lecz ceny biletów nam zbytnio nie odpowiadały, a termin wyjazdu był nie do przesunięcia. Mój chłopak jako mistrz wyszukiwania świetnych ofert przelotów znalazł wprost idealną kombinację – Kolonia –Kutaisi, kilka dni przerwy na wizytę w Gruzji, a następnie Tbilisi-Baku-Teheran i dwa tygodnie w zagadkowym Iranie.  Brzmi ciekawie, pozwala nam zaoszczędzić po 200 euro na przelotach, a do tego umożliwia nam kilkudniowy przystanek w Gruzji . Idealnie!

tb

Po wylądowaniu w Gruzji, nasz plan wyglądał następująco – Kutaisi-Tbilisi-Erywań(Armenia)-Abchazja-Tbilisi. W większości z tych miejsc posiłkowaliśmy się chlebem, dżemem, orzechami i makaronem z sosem pomidorowym i soczewicą, aczkolwiek będąc w Tblisi odwiedziliśmy aż kilka restauracji i spróbowaliśmy lokalnych, wegańskich smakołyków.

Do Tbilisi dotarliśmy pociągiem z Kutaisi. Podróż była bardzo urokliwa, aczkolwiek długa przez co nasze apetyty zdecydowanie się zaostrzyły. Pod zameldowaniu w stylowym, stosunkowo nowym hostelu, Fabrika Tbilisi (zdecydowanie polecam zatrzymanie się tam!) musieliśmy podjąć szybką decyzję – w pełni wegańska Kiwi Vegan Cafe, czy restauracja House of Chinkali, gdzie jak dowiedzieliśmy się w sieci serwują masę „przypadkowo” wegańskich potraw. Jako że menu Kiwi Vegan Cafe zawierało wszędobylskie wegańskie dania jak zupy, wrapy z hummusami, kanapki z tofu i smoothie, a nas ciągnęło do poznania gruzińskich smaków, wybraliśmy tego wieczoru House of Chinkali.

Pełni nadziei wkroczyliśmy do restauracji, która zdecydowanie wyglądała na taką z wyższej półki – dwa poziomy i dwa tuziny pięknie nakrytych stołów. Spytano nas czy chcemy salę dla palących, czy niepalących. Oczywiście wybraliśmy drugą opcję, lecz ku naszemu zaskoczeniu zaprowadzono nas na niższy poziom, do małej sali z kilkoma większymi stołami. Fakt iż sala dla niepalących była kilkukrotnie mniejsza od tej dla palaczy niesamowicie nas zaskoczył. Na szczęście roślinne opcje w menu, mimo iż stanowiły mniejszość zdecydowanie zniwelowały początkową niechęć spowodowaną ulokowaniem w piwnicy. Po upewnieniu się, że ciasto do jednego z wielu narodowych gruzińskich przysmaków – chinkali –  nie zawiera jajek, ani innych pochodnych od zwierząt składników wybraliśmy dwie wersje nadzienia, ziemniaki i grzyby, które według kelnerki także przyrządzane są najprościej jak się da, bez dodatku masła, mleka czy innych udziwnień. Do naszych pierożków domówiliśmy także dwie warzywno-orzechowe przystawki i jako, że mój chłopak był taaaaki głodny i bał się, że się nie naje, domówiliśmy bardzo niegruzińskie gazpacho z bardzo niehiszpańskim wzorkiem z octu balsamicznego… Pierwsze na stół wjechały: sałatka ze świeżego ogórka, pomidorów i cebuli w sosie z orzechów włoskich oraz grillowane plastry bakłażana z pastą orzechową i granatem. Po spróbowaniu obydwu dań mieliśmy jasność – jesteśmy w orzechowym niebie!

DSC_1833

Sałatka była bardzo dobra, a roladki wprost nieziemskie! Kilka chwil przed skończeniem naszych przystawek podano nam chinkali i to biedne gazpacho (:D) Na pierwszy ogień poszło chinkali z ziemniakami. Puszyste, miękkie ciasto otulające masę z ugotowanych ziemniaków, z dodatkiem soli i pieprzu. Bardzo proste aczkolwiek pełne smaku. Drugi smak, z grzybami podobnie jak danie z bakłażanem uderzył intensywnie w moje kubki smakowe – pod cienkim ciastem kryły się drobno pokrojone, idealnie przyprawione grzyby skąpane w sosie, w którym uprzednio były ugotowane.

DSC_1834

Na każdego z nas przypadło po 6 pierożków (na zdjęciu już nadjedzone), ale gdybyśmy dostali ich dwa razy tyle na pewno udało by się to skonsumować! Do ich jedzenia używamy wyłącznie palców – chwytamy za zawiniętą końcówkę i wkładamy pierożka do buzi, najlepiej w całości, tak aby nic nam nie uciekło 🙂 Tradycyjnie końcówkę powinno zostawić się niedojedzoną, ale według mnie to grzech marnować tak pyszne ciasto!

Wybaczcie proszę jakość zdjęć, ale szczerze mówiąc robiąc je, nie przewidywałam, że je gdzieś opublikuję. Miały one wtedy funkcje informacyjną, dla rodziny 🙂

Wszystkim którzy mają w planach odwiedzić Tbilisi polecam wizytę w restauracji, chociaż była ona jedynym typowo gruzińskim miejscem jakie odwiedziłam w trakcie owej podróży, więc nie mam porównania. Najadłam się, spróbowałam czegoś nowego, a do tego cena była w porządku – za całość plus napoje zapłaciliśmy równowartość około 60 zł, więc zdecydowanie nie przepłaciliśmy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s